Wczesnym rankiem dzieci obudziły beczące za oknem kozy. Rodzeństwo zeszło po schodach do kuchni, gdzie czekała już na nich matka ze śniadaniem.
- A tata? - spytała Ariana zaglądając do talerza.
Matka skinęła brwiami na drzwi salonu, gdzie -jak się domyślili- na kanapie leżał ich ojciec.
Wbiegli szybko i wesołymi okrzykami ,,Śniadanie" próbowały obudzić tatę.
Po zjedzeniu dobrego, rodzinnego posiłku wszyscy zgodnie z tradycją czekali na Albusa, który okropnie wolno w porównaniu do nich jadł.
Później posprzątali, tak jak każdego dnia,żegnając wychodzącego ojca.
Dzieci ubrały się, a później wyszły na dwór. Kendra, ich matka usiadła na słomianym krześle bujanym i zaczęła robić na drutach.
Późnym wieczorem skończyła i zawołała ich do domu. Niechętnie skończyli zabawę i przyszli do salonu.
Mała Ariana płakała, a jej bracia próbowali ją pocieszyć.
- Ariano! Co się stało? Albusie! Co jej zrobiliście?!- Ryknęła matka zza rogu.
- My? Nic.... Mamo! My się tylko bawiliśmy....- Odpowiedział cicho Aberforth
- Ach tak?! TO czemu płacze?! Och, choć tu kochana, nie płacz. Obetrzemy te łezki, dobrze?- Podzeszła do niej, przytuliła i starała się ją uspokoić, ale to nic nie dało
- Mamo, naprawdę! Przepraszamy Ariano, nie chcieliśmy... - Ale Albusowi przerwała dziewczynka;
-Oczywiście, że chcieliście!
-To.. To było przez przypadek... Posłuchaj siostrzyczko... Naprawdę... Nie wierzysz mi?
Jak tylko usłyszała, jakby zrobiła się spokojniejsza. Już parę razy było tak, że ona płakała, a tylko Aberforth potrafił ją uspokoić. Wszyscy już jakoś do tego przywyknęli, że to jego najbardziej lubiła,ale nadal wydawało im się to wyjątkowe.
- Dobrze, przepraszam. Przestraszyliście mnie....
-A co właściwie się stało?
I tu chwila ciszy. No właśnie, co się stało? Ktoś to wytłumaczy? Dlaczego Ariana się popłakała? Dzień jak co dzień.... I że to jeszcze ICH wina? Przecież nic nie zrobili...
-Słucham- zniecierpliwiła się Kendra.
-No więc.....- Zaczął Albus, ale nawet on nie wymyślił dokończenia zdania. Co miał powiedzieć?
-To było tak.....- Ciągnął Aberforth.
Co jak co, ale tych dwóch braci łączyła więź. Uzupełniali się; jeden wysoki, zabawny, inteligentny ; drugi dobry, niski, pomysłowy. Myśleli, że zawsze tak będzie. Każdy tak myślał, przecież byli najlepszymi przyjaciółmi. I właśnie w takim momencie Albus miałby wyjechać do szkoły? Nie mieściło mu się to w głowie... Zostawiać mamę samą.... I rodzeństwo. Ale to dla niego szansa, której nie może przegapić. Czyżby panikował? Bał się? ,,Nigdy w życiu!"- myślał dumnie. Ale myśli przytłaczały go. Czuł ciężar, silny wiatr.... A tu
-Oj dajcie spokój chłopaki!- Krzyknęła Ariana. - Już ja opowiem, lenie!
- Słuchamy- odpowiedział ciekawsko rudy.
-Bawiliśmy się w zamek,ulubioną zabawę Albusa. Wiesz mamo, z okazji jego urodzin, ale on sobie na niego napadł i..... Aberforth jako mój wierny przyjaciel i ochroniarz, chciał go wygnać, by mi się nie stała krzywda.... Chwilę później leżał już na ziemi.... -Znowu wtuliła się w ramię matki- Tak bardzo się bałam..... Że... ze on nie udaje....
Chłopacy stali zdziwieni wpatrzeni w siebie.
-Myślałeś, że zapomnieliśmy?- Spytał młodszy.
-Właśnie! Myślałam, że zabiłeś brata w SWOJE URODZINY!!!!
-Ciszej Ariano.....- wyszeptał jej do ucha głos Aberforth'a.
Matka wstała i wyjęła z kredensu ciasto.
-Z ojcem piekliśmy je całą noc...- powiedziała cicho.
-Och!Dziękuję!-Uśmiechnięty na pół świata jubilat podskoczył i przytulił każdego z osobna.
-Jest coś jeszcze - powiedział podając pudełko.
Albus pospiesznie otworzył je. Jakąś paczkę na dnie zakrywał czarny, gruby sweter z godłem szkoły Hogwart. (,,Na mroźne dni"- odparła matka) A ta paczka to nic innego niż ulubiony słodycz Albusa! -znaczy wszystkich wokół, ponieważ sam nigdy nie miał okazji zasmakować pyszności, jakie przygotował dla niego Bertie Bott-. Aż ślinka mu pomyślał, gdy przypomniał sobie opowiadających o Fasolkach kolegów.
Włożył szybko sweter na brudną jeszcze od błota koszulkę i spojrzał pytająco na mamę. Ta spoglądał na niego spode łba. Domyślił się, że chodziło o nowy sweter?! ale nie śmiała tego powiedzieć, ponieważ byłą zbyt podekscytowana tym, że zaraz otworzą Fasolki Wszystkich Smaków Bertie'ego Botta.
Czuł się, jakby ktoś się spełnił jego bardzo stare i wyczekiwane marzenie, ale jednocześnie cisnął jego żołądek. Nie, za taką cenę nie chce tego.... Wiedział, że to bardzo drogi prezent. A może lepiej go zwrócić?
-To od Aberforth'a i Ariany... Strasznie się upierali.....
-Pomyślałam- Wtrąciła nieśmiało Ariana - Że mogłyby Ci zasmakować....
Albus ze łzami podszedł i objął ją, a potem ściskał najmocniej jak potrafił, szepcąc ,,Och Ariano, droga Ariano...".
Zamyślił się, po chwili powiedział;
-Tylko, że .....Nie wiem, czy nas na to stać..... Nie wiem, czy damy radę, w końcu niektórzy po jednym mają dość...
-No wiesz- przerwał mu brat -My mamy mocne głowy. Co do mamy to nie wiem...
-ABERFORTH!!!!- Krzyknęła matka.
-Dobrze, dobrze. Dam Ci trochę, nie musisz nalegać. Wam wszystkim dam trochę.
-Ale tylko troszkę- wtrąciła Ariana -Przecież to Twój prezent urodzinowy.
***
Po chwili zamyślenia Albus powiedział:
- W pudełku jest 5 fasolek, dla każdego po jednej- Rozdał fasolki, a jedną zostawił na stole. -Na trzy...
Później razem liczyli Raz....Dwa....TRZY!!!!- i wzięli Fasolki do buzi.
-Och! Kokosowe...- powiedziała Ariana, żując z rozkoszą słodycz.
-Trafiła mi się.... Serwetka?- odparł z niedowierzaniem Aberforth.
-A tobie, Albusie?- Spytała Kendra.
On wytrzeszczył oczy i zrobił przerażoną minę.
-Zaraz zwymiotuję... Tak jak ktoś na tą fasolkę.....
***
Późną nocą, jak wszyscy położyli się spać,a Albus strawić wymiociny, do cichego domu wrócił zapracowany Percival.
Wszedł do sypialni, aby tam przywitać się z żoną. Nie zauważył jej. Nie było jej tam. ,,Pewnie nadal kładzie dzieci spać"- pomyślał ,,Nie dziwię się, gdyby Albus przekonał ją, że muszą balować do nocy".
Usłyszał chrapanie z kuchni.
Wszedł tam i zobaczył opierającą się o stół żonę.
Podszedł do niej, pogładził po czole, szepcąc czuło ,,Nie możesz ciągle siedzieć w tej kuchni. Pojedźmy jutro do miasta, dobrze? Wezmę wolne... To ostatni tydzień wakacji, a my ani chwili nie spędziliśmy ze sobą."
-A dzieci? - Wymamrotała na pół żywa.
-Pani Doge na pewno się zgodzi pogrzebać troszkę w naszym, domu.Znaczy, popilnować dzieci...
Ale nie powiedział już więcej, tylko wziął kobietę na ręce i zaniósł do łóżka.
Nie zdawał sobie sprawy, że z górnego piętra przez szparze w panelach przygląda mu się jego syn, Aberforth. Zdał sobie sprawę, że źle zrobił. Zbiegł do pokoju rodziców i wpadł do niego z wielkim hukiem.
- Przepraszam- powiedział przełykając ślinę - Przepraszam za tamto.... Przepraszam, że zjadłem Twoją fasolkę, Przepraszam, że nie przyszedłem wcześniej... Przepraszam...
-Cicho- przerwał Persival - Chodź tu.
Chłopak położył się pomiędzy drzemiącą matkę, a zapracowanym ojcem.
- Ale i tak mam za swoje- powiedział -Trafiłem, jak Albus wcześniej, na fasolkę o smaku wymiocin...
Legenda Feniksa
Nazywam się Dumbeldore, Albus Dumbeldore. Pochodzę z biednej rodziny,gdzie ojciec pracował po nocach, a matka wytrwale zajmowała się mną, moim bratem Aberforth'em i siostrą Arianą. Och, Ariana. Złota dziewczyna, tak o niej mówili..... A ja nadal mam wyrzuty sumienia........
czwartek, 3 grudnia 2015
sobota, 28 listopada 2015
Poznajcie rodzinę Dumbedore'ów
-Abertforh! Albus! Ariana! - Zawołała kobieta zza progu kuchni- Chodźcie na kolacje!
Dzieci wstały, otrzepując się z piasku, zbiegły z niewielkiej górki przy domu. Po chwili były już przy stole, gdzie ich matka przygotowywała zupę.
-Wiesz, mamo?- Spytała dziewczynka- Jestem królewną!
-Oczywiście! A Twoi bracia to książęta?
-Nie! Ja jestem rycerzem, a Abertforth smokiem!- wykrzyknął najstarszy, rudy chłopak.
-Ach, no tak. Przepraszam. A teraz jedz rycerzu, bo nie będziesz miał siły pokonać.....
Ale młodszy chłopiec przerwał jej.
-Smoka.
W rodzinie tej była tradycja którą nazywali ,,Niewstawanie od stołu". W skrócie polegała na tym, że ktoś , kto już zje czeka na ostatniego, a dopiero wtedy wszyscy mogą wstać od stołu.
Oczywiście każdy z nich solidnie tego pilnował, ponieważ była to jedna z najważniejszych tradycji rodzinnych, że nawet ich ojciec z okropnie dobrą pamięcią, nie pamięta takiego dnia, kiedy by tak nie było.
-Smaczne, czyż nie? A teraz do łazienek! Migiem!- matka zagoniła dzieci na górne piętro, a sama podeszła do drzwi wejściowych. Opierając się o ramę, spoglądała na drogę leśną, jakby czekając na kogoś.
- A ten znowu wziął nockę....- Aberforh, jak zwykle wieczorem, podglądał matkę zza okna pokoju, w którym spał razem z rodzeństwem.
-Nie narzekaj, pracuje głównie dla Ciebie. Chodź, pomóż mi ścielić łóżko Ariany.
Ale chłopak o jasno-kasztanowych włosach przytaknął tylko, ale wcale się nie ruszył z miejsca. Obserwował matkę z bólem serca przez pół nocy, długo po zaśnięciu siostry i -jak myślał- brata.
Jednak on nie spał już od dawna. Od kiedy dowiedział się, że przyjęto go do szkoły.
Wcześniej już dużo słyszał o niej, od ciotki Honorii, która przyjeżdżała co miesiąc.
Właściwie wtedy ani razu nie mówiła do niego. Wspominała tylko czasy, w których sama się uczyła razem z jego ojcem, Persiwal'em.
Ciotka, jak tylko dowiedziała się o przyjęciu go do szkoły( młody Albus nigdy nie dowiedział się dlaczego, ale mógł domyślać się, że przez sąsiadkę p.Doge, która zawsze ich podsłuchiwała, czy obserwowała i o wszystkim donosiła... cóż... wszystkim).
Albus bał się, że nie przyjmą jego rodzeństwa, żeby też tak mógł wspominać na starość, albo chociaż kiedy będzie ,,w sile wieku"- jak to mówi jego tato.
Z drugiej strony cieszył się z tego, ponieważ słyszał od ciotki, że bardzo trudno się tam dostać.
W jednej z rozmów jego rodziców usłyszał ,,Cała moja rodzina była w Gryffindorze, Kendro. To byłby zaszczyt, gdyby to kontynuować"- a zaledwie tydzień później pojawił się list od sowy zaadresowany do samego Albusa. Tak zaczęła się jego bezsenność, błądząc myślami po korytarzach zamku Hogwart.
Jego brat, Aberforth musiał mieć inny powód, bo przecież był 3 lata młodszy.
Miał zaledwie 8 lat i Albus nie wierzył, żeby przyjęli go tak wcześnie do szkoły. Chociaż czasem myślał sobie, co by to było, gdyby byli bliźniakami. Raz nawet opowiadał o tym mamie, ale ta nie przyjęła tego poważnie, tylko zażartowała z niego (,,Mieć dwójkę płaczących dzieci, kiedy ich ojciec jest w pracy? Albusie, dobrze się czujesz? Od kiedy masz takie sny?").
Na co on, nie chcąc dalej kontynuować tej rozmowy odpowiedział tylko krótkie ,,Mamo, żartowałem!".
Matka oczywiście uwierzyła mu. Nieczęsto trafiał się dzień, w którym jej pierworodny syn, nie chciał żartować.
***
Nastał ranek. Dzieci zeszły po drewnianych schodach do obszernej kuchni, gdzie zastała ich miła niespodzianka.
-Tata!!!- Wykrzyknęli wszyscy chórem.
-Witajcie dzieciaki! Jak się spało? Ile tym razem dziwnych snów mieliście? Ja naliczyłem... 6? 7?- Uradowany ojciec wstał z krzesła i podbiegł do nich, przytulając mocno.
Następna godzina - jak zwykle rano- minęła im na opowiadaniu swoich fantazji, w czasie kiedy Kendra przygotowywała śniadanie.
Po zjedzeniu, tradycyjnie każdy czekał, aż powolny Albus zje swoją porcję.
-W co bawimy się tym razem? Znowu w smoki i rycerzy?- Zaproponował rudy chłopak, wstając od stołu.
-A może dzisiaj w Zoo? - Spytała podniecona Ariana, odkładając naczynia do miski z wodą.
-To dobry pomysł. - przyznał brunet. - Tato, może pobawisz się z nami? Możesz być ochroniarzem...
Nagle mężczyzna spoważniał i przełknął z trudem ślinę. Każdy z nich tak naprawdę wiedział, co zaraz powie i że niełatwo mu to mówić. Albus kopnął pod stołem swojego brata. On szybko zrozumiał, że chodziło mu o ,,Poco żeś to mówił?!""
-Nie mogę się z Wami pobawić- znowu przełknął ślinę- Ale chciałbym. Wierz w to, synu.
- Chcę wierzyć, że kiedyś będziesz miał dla nas czas!!!- Wykrzyknął, wstał i pobiegł na górę.
Chwile milczenia, w których każdy powstrzymywał się od płaczu, przedłużały się okropnie.
W końcu matka wypędziła ich do salonu, a sama zamknęła wszystkie drzwi do kuchni.
Nie trzeba było być wielkim magiem, żeby wiedzieć, co się właśnie dzieje w głowach ich rodziców. Sami też domyślali się, co myśli reszta rodzeństwa-dokładnie to samo.
Dzieci wstały, otrzepując się z piasku, zbiegły z niewielkiej górki przy domu. Po chwili były już przy stole, gdzie ich matka przygotowywała zupę.
-Wiesz, mamo?- Spytała dziewczynka- Jestem królewną!
-Oczywiście! A Twoi bracia to książęta?
-Nie! Ja jestem rycerzem, a Abertforth smokiem!- wykrzyknął najstarszy, rudy chłopak.
-Ach, no tak. Przepraszam. A teraz jedz rycerzu, bo nie będziesz miał siły pokonać.....
Ale młodszy chłopiec przerwał jej.
-Smoka.
W rodzinie tej była tradycja którą nazywali ,,Niewstawanie od stołu". W skrócie polegała na tym, że ktoś , kto już zje czeka na ostatniego, a dopiero wtedy wszyscy mogą wstać od stołu.
Oczywiście każdy z nich solidnie tego pilnował, ponieważ była to jedna z najważniejszych tradycji rodzinnych, że nawet ich ojciec z okropnie dobrą pamięcią, nie pamięta takiego dnia, kiedy by tak nie było.
-Smaczne, czyż nie? A teraz do łazienek! Migiem!- matka zagoniła dzieci na górne piętro, a sama podeszła do drzwi wejściowych. Opierając się o ramę, spoglądała na drogę leśną, jakby czekając na kogoś.
- A ten znowu wziął nockę....- Aberforh, jak zwykle wieczorem, podglądał matkę zza okna pokoju, w którym spał razem z rodzeństwem.
-Nie narzekaj, pracuje głównie dla Ciebie. Chodź, pomóż mi ścielić łóżko Ariany.
Ale chłopak o jasno-kasztanowych włosach przytaknął tylko, ale wcale się nie ruszył z miejsca. Obserwował matkę z bólem serca przez pół nocy, długo po zaśnięciu siostry i -jak myślał- brata.
Jednak on nie spał już od dawna. Od kiedy dowiedział się, że przyjęto go do szkoły.
Wcześniej już dużo słyszał o niej, od ciotki Honorii, która przyjeżdżała co miesiąc.
Właściwie wtedy ani razu nie mówiła do niego. Wspominała tylko czasy, w których sama się uczyła razem z jego ojcem, Persiwal'em.
Ciotka, jak tylko dowiedziała się o przyjęciu go do szkoły( młody Albus nigdy nie dowiedział się dlaczego, ale mógł domyślać się, że przez sąsiadkę p.Doge, która zawsze ich podsłuchiwała, czy obserwowała i o wszystkim donosiła... cóż... wszystkim).
Albus bał się, że nie przyjmą jego rodzeństwa, żeby też tak mógł wspominać na starość, albo chociaż kiedy będzie ,,w sile wieku"- jak to mówi jego tato.
Z drugiej strony cieszył się z tego, ponieważ słyszał od ciotki, że bardzo trudno się tam dostać.
W jednej z rozmów jego rodziców usłyszał ,,Cała moja rodzina była w Gryffindorze, Kendro. To byłby zaszczyt, gdyby to kontynuować"- a zaledwie tydzień później pojawił się list od sowy zaadresowany do samego Albusa. Tak zaczęła się jego bezsenność, błądząc myślami po korytarzach zamku Hogwart.
Jego brat, Aberforth musiał mieć inny powód, bo przecież był 3 lata młodszy.
Miał zaledwie 8 lat i Albus nie wierzył, żeby przyjęli go tak wcześnie do szkoły. Chociaż czasem myślał sobie, co by to było, gdyby byli bliźniakami. Raz nawet opowiadał o tym mamie, ale ta nie przyjęła tego poważnie, tylko zażartowała z niego (,,Mieć dwójkę płaczących dzieci, kiedy ich ojciec jest w pracy? Albusie, dobrze się czujesz? Od kiedy masz takie sny?").
Na co on, nie chcąc dalej kontynuować tej rozmowy odpowiedział tylko krótkie ,,Mamo, żartowałem!".
Matka oczywiście uwierzyła mu. Nieczęsto trafiał się dzień, w którym jej pierworodny syn, nie chciał żartować.
***
Nastał ranek. Dzieci zeszły po drewnianych schodach do obszernej kuchni, gdzie zastała ich miła niespodzianka.
-Tata!!!- Wykrzyknęli wszyscy chórem.
-Witajcie dzieciaki! Jak się spało? Ile tym razem dziwnych snów mieliście? Ja naliczyłem... 6? 7?- Uradowany ojciec wstał z krzesła i podbiegł do nich, przytulając mocno.
Następna godzina - jak zwykle rano- minęła im na opowiadaniu swoich fantazji, w czasie kiedy Kendra przygotowywała śniadanie.
Po zjedzeniu, tradycyjnie każdy czekał, aż powolny Albus zje swoją porcję.
-W co bawimy się tym razem? Znowu w smoki i rycerzy?- Zaproponował rudy chłopak, wstając od stołu.
-A może dzisiaj w Zoo? - Spytała podniecona Ariana, odkładając naczynia do miski z wodą.
-To dobry pomysł. - przyznał brunet. - Tato, może pobawisz się z nami? Możesz być ochroniarzem...
Nagle mężczyzna spoważniał i przełknął z trudem ślinę. Każdy z nich tak naprawdę wiedział, co zaraz powie i że niełatwo mu to mówić. Albus kopnął pod stołem swojego brata. On szybko zrozumiał, że chodziło mu o ,,Poco żeś to mówił?!""
-Nie mogę się z Wami pobawić- znowu przełknął ślinę- Ale chciałbym. Wierz w to, synu.
- Chcę wierzyć, że kiedyś będziesz miał dla nas czas!!!- Wykrzyknął, wstał i pobiegł na górę.
Chwile milczenia, w których każdy powstrzymywał się od płaczu, przedłużały się okropnie.
W końcu matka wypędziła ich do salonu, a sama zamknęła wszystkie drzwi do kuchni.
Nie trzeba było być wielkim magiem, żeby wiedzieć, co się właśnie dzieje w głowach ich rodziców. Sami też domyślali się, co myśli reszta rodzeństwa-dokładnie to samo.
czwartek, 26 listopada 2015
Prolog
Znowu miałem ten sam sen..... O niej.....
Od dawna mam przed oczami widok jej śmierci, jej twarz...
...I ten strach mojego brata i mój...
Ten przeraźliwy krzyk przeniknął moją duszę jak kolec, którego nie mogę wyjąć.
Chcę się obudzić!
Nie chcę żyć dłużej w świecie zdechłych dusz-normalnych ludzi, zgniłych od środka
Jestem jednym z nich.
Nie ja mam pokonać Voldemorta- tak, nie boję się jego imienia. On boi się mojego
To Harry musi go pokonać.
Doprowadzę go do pewnego momentu i zniknę.
Na zawsze
Taki jest mój los, los Feniksa .....
Subskrybuj:
Posty (Atom)