czwartek, 3 grudnia 2015

Urodziny

       Wczesnym rankiem dzieci obudziły beczące za oknem kozy. Rodzeństwo zeszło po schodach do kuchni, gdzie czekała już na nich matka ze śniadaniem.
- A tata? - spytała Ariana zaglądając do talerza.
Matka skinęła brwiami na drzwi salonu, gdzie -jak się domyślili- na kanapie leżał ich ojciec.
Wbiegli szybko i wesołymi okrzykami ,,Śniadanie" próbowały obudzić tatę.
       Po zjedzeniu dobrego, rodzinnego posiłku wszyscy zgodnie z tradycją czekali na Albusa, który okropnie wolno w porównaniu do nich jadł.
Później posprzątali, tak jak każdego dnia,żegnając wychodzącego ojca.
      Dzieci ubrały się, a później wyszły na dwór. Kendra, ich matka usiadła na słomianym krześle bujanym i zaczęła robić na drutach.
       Późnym wieczorem skończyła i zawołała ich do domu. Niechętnie skończyli zabawę i przyszli do salonu.
Mała Ariana płakała, a jej bracia próbowali ją pocieszyć.
      - Ariano! Co się stało? Albusie! Co jej zrobiliście?!- Ryknęła matka zza rogu.
- My? Nic.... Mamo! My się tylko bawiliśmy....- Odpowiedział cicho Aberforth
- Ach tak?! TO czemu płacze?! Och, choć tu kochana, nie płacz. Obetrzemy te łezki, dobrze?- Podzeszła do niej, przytuliła i starała się ją uspokoić, ale to nic nie dało
- Mamo, naprawdę! Przepraszamy Ariano, nie chcieliśmy... - Ale Albusowi przerwała dziewczynka;
-Oczywiście, że chcieliście!
-To.. To było przez przypadek... Posłuchaj siostrzyczko... Naprawdę... Nie wierzysz mi?
      Jak tylko usłyszała, jakby zrobiła się spokojniejsza. Już parę razy było tak, że ona płakała, a tylko Aberforth potrafił ją uspokoić. Wszyscy już jakoś do tego przywyknęli, że to jego najbardziej lubiła,ale nadal wydawało im się to wyjątkowe.
- Dobrze, przepraszam. Przestraszyliście mnie....
-A co właściwie się stało?
      I tu chwila ciszy. No właśnie, co się stało? Ktoś to wytłumaczy? Dlaczego Ariana się popłakała? Dzień jak co dzień.... I że to jeszcze ICH wina? Przecież nic nie zrobili...
       -Słucham- zniecierpliwiła się Kendra.
-No więc.....- Zaczął Albus, ale nawet on nie wymyślił dokończenia zdania. Co miał powiedzieć?
-To było tak.....- Ciągnął Aberforth.
        Co jak co, ale tych dwóch braci łączyła więź. Uzupełniali się; jeden wysoki, zabawny, inteligentny ; drugi dobry, niski, pomysłowy. Myśleli, że zawsze tak będzie. Każdy tak myślał, przecież byli najlepszymi przyjaciółmi. I właśnie w takim momencie Albus miałby wyjechać do szkoły? Nie mieściło mu się to w głowie... Zostawiać mamę samą.... I rodzeństwo. Ale to dla niego szansa, której nie może przegapić. Czyżby panikował? Bał się? ,,Nigdy w życiu!"- myślał dumnie. Ale myśli przytłaczały go. Czuł ciężar, silny wiatr.... A tu
-Oj dajcie spokój chłopaki!- Krzyknęła Ariana. - Już ja opowiem, lenie!
- Słuchamy- odpowiedział ciekawsko rudy.
       -Bawiliśmy się w zamek,ulubioną zabawę Albusa. Wiesz mamo, z okazji jego urodzin, ale on sobie na niego napadł i..... Aberforth jako mój wierny przyjaciel i ochroniarz, chciał go wygnać, by mi się nie stała krzywda.... Chwilę później leżał już na ziemi.... -Znowu wtuliła się  w ramię matki- Tak bardzo się bałam..... Że... ze on nie udaje....
        Chłopacy stali zdziwieni wpatrzeni w siebie.
-Myślałeś, że zapomnieliśmy?- Spytał młodszy.
-Właśnie! Myślałam, że zabiłeś brata w SWOJE URODZINY!!!!
-Ciszej Ariano.....- wyszeptał jej do ucha głos Aberforth'a.
       Matka wstała i wyjęła z kredensu ciasto.
-Z ojcem piekliśmy je całą noc...- powiedziała cicho.
-Och!Dziękuję!-Uśmiechnięty na pół świata jubilat podskoczył i przytulił każdego z osobna.
-Jest coś jeszcze - powiedział podając pudełko.
Albus pospiesznie otworzył je. Jakąś paczkę na dnie zakrywał czarny, gruby sweter z godłem szkoły Hogwart. (,,Na mroźne dni"- odparła matka) A ta paczka to nic innego niż ulubiony słodycz Albusa! -znaczy wszystkich wokół, ponieważ sam nigdy nie miał okazji zasmakować pyszności, jakie przygotował dla niego Bertie Bott-. Aż ślinka mu pomyślał, gdy przypomniał sobie opowiadających o Fasolkach kolegów.  
          Włożył szybko sweter na brudną jeszcze od błota koszulkę i spojrzał pytająco na mamę. Ta spoglądał na niego spode łba. Domyślił się, że chodziło o nowy sweter?! ale nie śmiała tego powiedzieć, ponieważ byłą zbyt podekscytowana tym, że zaraz otworzą Fasolki Wszystkich Smaków Bertie'ego Botta.
        Czuł się, jakby ktoś się spełnił jego bardzo stare i wyczekiwane marzenie, ale jednocześnie cisnął jego żołądek. Nie, za taką cenę nie chce tego.... Wiedział, że to bardzo drogi prezent. A może lepiej go zwrócić?
        -To od Aberforth'a i Ariany... Strasznie się upierali.....
-Pomyślałam- Wtrąciła nieśmiało Ariana - Że mogłyby Ci zasmakować....
        Albus ze łzami podszedł i objął ją, a potem ściskał najmocniej jak potrafił, szepcąc ,,Och Ariano, droga Ariano...".
Zamyślił się, po chwili powiedział;
-Tylko, że .....Nie wiem, czy nas na to stać..... Nie wiem, czy damy radę, w końcu niektórzy po jednym mają dość...
-No wiesz- przerwał mu brat -My mamy mocne głowy. Co do mamy to nie wiem...
-ABERFORTH!!!!- Krzyknęła matka.
-Dobrze, dobrze. Dam Ci trochę, nie musisz nalegać. Wam wszystkim dam trochę.
-Ale tylko troszkę- wtrąciła Ariana -Przecież to Twój prezent urodzinowy.
                                                          ***
          Po chwili zamyślenia Albus powiedział:
- W pudełku jest 5 fasolek, dla każdego po jednej- Rozdał fasolki, a jedną zostawił na stole. -Na trzy...
Później razem liczyli Raz....Dwa....TRZY!!!!- i wzięli Fasolki do buzi.
          -Och! Kokosowe...- powiedziała Ariana, żując z rozkoszą słodycz.
-Trafiła mi się.... Serwetka?- odparł z niedowierzaniem Aberforth.
-A tobie, Albusie?- Spytała Kendra.
On wytrzeszczył oczy i zrobił przerażoną minę.
         -Zaraz zwymiotuję... Tak jak ktoś na tą fasolkę.....
                                                                     ***
         Późną nocą, jak wszyscy położyli się spać,a Albus strawić wymiociny, do cichego domu wrócił zapracowany Percival.
         Wszedł do sypialni, aby tam przywitać się z żoną. Nie zauważył jej. Nie było jej tam. ,,Pewnie nadal kładzie dzieci spać"- pomyślał ,,Nie dziwię się, gdyby Albus przekonał ją, że muszą balować do nocy".
Usłyszał chrapanie z kuchni.
Wszedł tam i zobaczył opierającą się o stół żonę.
         Podszedł do niej, pogładził po czole, szepcąc czuło ,,Nie możesz ciągle siedzieć w tej kuchni. Pojedźmy jutro do miasta, dobrze? Wezmę wolne... To ostatni tydzień wakacji, a my ani chwili nie spędziliśmy ze sobą."
-A dzieci? - Wymamrotała na pół żywa.
-Pani Doge na pewno się zgodzi pogrzebać troszkę w naszym, domu.Znaczy, popilnować dzieci...
Ale nie powiedział już więcej, tylko wziął kobietę na ręce i zaniósł do łóżka.
        Nie zdawał sobie sprawy, że z górnego piętra przez szparze w panelach przygląda mu się jego syn, Aberforth. Zdał sobie sprawę, że źle zrobił. Zbiegł do pokoju rodziców i wpadł do niego z wielkim hukiem.
- Przepraszam- powiedział przełykając ślinę - Przepraszam za tamto.... Przepraszam, że zjadłem Twoją fasolkę, Przepraszam, że nie przyszedłem wcześniej... Przepraszam...
-Cicho- przerwał Persival - Chodź tu.
        Chłopak położył się pomiędzy drzemiącą matkę, a zapracowanym ojcem.
         - Ale i tak mam za swoje- powiedział -Trafiłem, jak Albus wcześniej, na fasolkę o smaku wymiocin...